Obsesyjnie
_Blog obsesyjnie
Internet 2008-08-22

Poznałam Cię przez internet. Ale to wcale nieprawda. Poznałam Cię
osobiście i trochę czasu zajęło mi zrozumienie, ze ty i on to ta sama
osoba.

Blogi to dziwaczne, ekshibicjonistyczne zwierciadła duszy.
Na twój internetowy pamiętnik trafiłam wędrując przez wyszukiwarkę od
hasła do hasła. Jedno z wybranych przeze mnie haseł, słowo z gry RPG,
było Twoim nickiem, Twoim imieniem, nazwą Twojego bloga.

Podobało
mi się to, co czytałam. Sprawiałeś wrażenie nieco odległego, ceniłeś
sobie prywatność i anonimowość w sieci. Ale odkryłam, że chadzamy do
tych samych knajp.

Potem trafiłam na Ciebie na Gronie. Pisaliśmy
na tym samym forum tematycznym. Nie domyśliłam się, że jesteś tą samą
osobą, która prowadzi bloga, bo Twoje imię jest nader popularnym
pseudonimem, łatwym do spotkania zwłaszcza na rzeczonym forum. Łatwo
się domyslić, że forum dotyczyło mojej ulubionej gry RPG.

Zaprosiłam Cię do grupy moich znajomych gronowych, powołując się na forum. Przyjąłeś.

Wiedziałam o Tobie niewiele. Lubiłeś szanty i mitologię Celtów.

Zaprosiłam Cię na koncert. Mówiłeś, że możliwe, iż nie dasz rady się pojawić.

Na
koncercie - tłok. Grają trzy zespoły. Wrzawa, huk, rwetes. Postindustrialna hala, w której odbywa się impreza jest chłodna nawet
mimo wypełniających ją ludzi. Dużo znajomych. Chodzę od grupy do grupy,
rozmawiam.

Widzę siedzącą niedaleko wejścia wysoką dziewczynę o
bardzo długich, ciemnych włosach, noszących ślady farbowania na rudo.
Ubrana jest w spodnie i ciemny podkoszulek z narzuconą nań kraciastą
koszulą. Wyglada na zmęczoną, niezbyt zadbaną i w jakiś sposób
osamotnioną - jakby odciętą od wszystkiego. Pali papierosa, popija
piwo. Wygląda niczym przeżytek z epoki grunge.

Patrzy na mnie.
Kiwa mi głową. Podchodzę, mimo, ze widzę ją pierwszy raz w zyciu. Pyta
mnie, czy ja to ja. Potwierdzam. Przedstawia się, ale jej głos zupełnie
ginie w gwarze dookoła.

Zamieniamy kilka zdań, palimy i pijemy
razem. Obserwuję ją. Mam wrażenie, że jest chora. Albo bierze jakieś
narkotyki. Ręce jej się trzęsą, kiedy zapala zapalniczkę. Ma jednak
miłe oczy i sympatyczną, choć nieco poszarzałą twarz. Wkrótce się
rozchodzimy i tracę ją z oczu. Nie trafiam na nią już do końca imprezy.

Dwa, trzy dni później na Gronie dziękujesz mi za zaproszenie i
mówisz, że było fajnie. Troszkę mnie zatyka... wszak nie pokazałeś się,
nie podszedłeś. A potem dociera do mnie, co powiedziała dziewczyna
przedstawiając się. To było Twoje imię. Niewyraźne słowo zatopione w
hałasie teraz, w połaczeniu z tym, co wiem, nabiera kształtu w mojej
głowie.

Ale przecież...

Przecież to była dziewczyna, a Ty wyraźnie używasz formy męskiej. A może... to nie była dziewczyna?

Mogłam
się pomylić w tym szumie. Nie słyszałam za dobrze jej głosu. Fakt, była
wysoka - blisko metr dziewięćdziesiąt. Twarz też niby damska, ale
trochę zapadnięta, trochę ostrzejsza niż u kobiety... męskie ubranie,
męskie buty...

Ślady farby na włosach? Ależ w dzisiejszych czasach mężczyźni też jej używają!

Mogła być mężczyzną? Czy to możliwe? Uznaję, że tak, choć coś mi się nie zgadza, coś nie pasuje.

Potem
piszesz coś o Twoim blogu i dopiero dociera do mnie, że znamy się w
sieci już nieco dłużej. To mnie uspokaja. Bloga wszak też prowadzi
bezsprzecznie mężczyzna.

Ale cała ta sytuacja, ta konfuzja,
zamęt, jakie zapanowały w mojej głowie, doprowadzają do tego, iż uznaję
Cię za osobę intrygującą. Chcesz się umówić na piwo. Umawiamy się więc.

Jestem bardzo, ale to bardzo zaintrygowana. Myślę o Twoich dłoniach i włosach. Chcę Cię spotkać.


...i niech tak zostanie... 2007-12-22

Wszystko zaczyna się psuć przed feriami. Ty masz mało czasu, drażni
Cię fakt, ze ja z kolei mam go aż nadto. Spotykamy się coraz rzadziej.
Zawalasz jakieś egzaminy, ale raczej nie z mojej winy. Chyba, że
naprawdę ten krótki czas jaki razem spędzamy może na to rzutować.

Po
sesji wyjeżdżasz na narty. Pożegnałeś się przez GG. Nie będziemy się
widzieć tydzień (prawie dwa razem z czasem, kiedy szykowałeś sie do
wycieczki nie spotykając ze mną), potem pojadę do Ciebie. Pierwszy raz
w samolocie, pierwszy raz za granicą. Denerwuję się. Nie chcę jechać.

Nie tęsknię za Tobą tak bardzo, jak chyba powinnam. Na
Walentynki przesyłasz mi SMS-a "walentynkowe uściski". I tyle. Dlaczego
jestem na Ciebie zła?

Rysuję pluszowego misia trzymającego serduszko. W serduszko wbite są szpilki.

W czasie Twojej nieobecności spotykam się z nimi obydwoma. Dotrzymują mi towarzystwa.

Nie mogę bez nich zyć. Jednak nie.

Na
lotnisko odwozi mnie ten, z którym pokłóciłam się w Sylwestra. Patrzy
za mną długo, kiedy przechodzę przez bramki. Chodzę po sklepach strefy
bezcłowej, ogladam kolorowe, lśniące opakowania czekoladek, zagraniczną
prasę, po raz pierwszy wstępuję do Coffee Heaven. Czuję sie
beznadziejnie samotna, odkąd straciłam go z oczu. Nie ma niczyjego
ramienia, niczyjej ręki, niczyjej kojącej obecności przy mnie w tym
nowym, dziwnym momencie. Zbiera mi sie na płacz. Myśl o spotkaniu
Ciebie na końcu tej podróży wcale mnie nie uspokaja. Czemu tak się
czuję?

Mam za dużą walizkę. Wstyd mi z tego powodu. Jadę tylko na
tydzień, a mój bagaż wygląda, jakby mieścił rzeczy na miesiąc... mimo,
że w połowie jest pusty.

Lutowe słońce, białe i jaskrawe
posrebrza szeroką płytę lotniska, kiedy jadę autobusem do samolotu. Lot
do Grenoble rozpoczyna się niemal punktualnie. Samolot wznosi się,
czuję ucisk w żołądku, dzwonienie w uszach. Mimo dyskomfortu, który
wszakze znika po osiągnieciu odpowiedniego pułapu, nie boję się
latania. Widok na ziemię z tak wysoka jest piękny.

Podniecenie
związane z podróżą odsuwa nieco lęki ismutki. Ale kiedy chłodny,
alpejski wieczór wita mnie na miejscu, gdy biorę bagaż z tasmy i idę w
kierunku berierki, gdy widzę Cię - wysoką złotowłosa sylwetkę wśród
wielu oczekujących, nie czuję nic. Twój ojciec jest również wysoki i
długowłosy, ale szpakowaty. Jego szczere, jasne oczy przesłaniają
okulary. Podając mu rękę, musze wziąć książkę, którą czytałam w
samolocie, w zęby. Może wypada głupio, ale cóż.

Idziemy do samochodu zaparkowanego pod niskimi gałęziami iglastych drzew. Potem zaczyna się długa droga do domu.

Dom
jest piękny. Jak z bajki. Piękniejszy niż na zdjęciach. Tego nie da się
porównać z niczym. Tydzień pełen wycieczek, zwiedzania, gór, skał,
palm, morza genialnego wina i jedzenia, z którym nie radzę sobie
najlepiej, mija powoli. Tęsknię za domem. Mamy piękne, szerokie łóżko z
moskitierą. Wzięłam ze sobą misia. Gdyby nie to, nie miałabym się do
kogo przytulić. Trzeciej nocy mówisz mi, ze chyba musimy się rozstać.
Że to raczej nie to.

Jestem sama z tą wiadomością. To stąd te
przeczucia. Ciemność i cisza połyka moje łzy. Prawie każdej nocy
płaczę. Nie rozstajemy się jeszcze. Nastepnego poranka, jestes miły.
Częściej trzymasz mnie za rękę. Kochamy się kilka razy. Ale
ten odległy, chłodny seks bez czułości później jest na swój sposób
gorszy niż jego brak. Cóz - to jedyne, co mam.

Popełniłam błąd,
mając nadzieję, ze uratujesz mnie i odetniesz od dawnego, pełnego
niepewności życia. Okazało się, że nawet takie, było lepsze i
cieplejsze. Nieraz myślałam, że jesli nie będę mogła między nimi
wybrać, a nie pojawi się ktoś trzeci, kto spowoduje, że bez żalu ich
porzucę, będę musiała się zabić. Szczerze.

Oddałam Ci moją nadzieję, moja miłość, mnie. Podziwiałam Cię. To był kolejny błąd.

Narzekasz,
ze Cię nie inspiruję, nie motywuję, moje przyzwyczajenia sa Ci niemiłe
i obce. Jesteśmy bardzo podobni, ale w sprawach zupełnie bez znaczenia.
Te najwazniejsze kwestie, które wyklarowują się po jakimś czasie są
punktami, gdzie w zupełności się rozmijamy.

Oni obaj, jakkolwiek stanowili problem, są mi bliscy, nie zawodzą mnie, zawsze mam ich
ramiona, zawsze mam ich wsparcie. Ty błądzisz myślami daleko. Ja staję
się ciężarem. Ostatniego dnia robię zdjęcia. Jest tak ciepło, że jemy
sałatkę nad basenem błękitnym jak morze.

Udaje mi się sfotografować małą, zwinną jaszczurkę.

Wieczorem
upijamy się winem, kochamy w kamiennej wieżyczce, potem w łóżku, pośród
białych skrzydeł rozwiniętej na tę jedna noc moskitiery. To najlepsze,
co mnie spotkało podczas tej wycieczki. I najgorsze, bo tej jednej nocy
zbliżamy się do siebie tak, jak na początku znajomości. Tym ciężej jest
przyjąć to, co nieuchronne. Jeszcze w to nie wierzę.

Po
powrocie do Polski, kiedy mijają tygodnie, jest tylko coraz gorzej.
Jesteśmy coraz dalej. Pod koniec marca mówisz, ze to chyba jednak już
teraz. Proszę Cię o jeszcze trochę czasu. Dostaję w sumie dwa miesiące
pełne wyrzutów i okresowych napadów rozpaczy.

Pod koniec maja ostatecznie mnie opuszczasz.

Na moich ramionach pojawiają się blizny po cięciach.

Jakby mój świat runął mi na głowę.


Nie
mogę znaleźć sobie miejsca. Oni sa przy mnie, trzymają mnie za rękę,
dają mi tyle ciepła i zrozumienia ile tylko mogą. Poprawiają mi
nastrój, ale myśli o Tobie nie dają mi spokoju. Tęsknię.

Przecież
miałeś być moim księciem. Wstyd przyznać, ale zraniona duma kobiety
nigdy dotąd nie odrzuconej w taki sposób tez daje o sobie znać.

Zakochujesz się w dziewczynie. Jest zupełnym przeciwieństwem mnie.

Ona Cię nie chce.

W
końcu, znowu przez cholerne, durne GG proponujesz, żebysmy spróbowali
jeszcze raz. Nie zgadzam się, ale kilka dni później, na plenerowej
imprezie poza Warszawą ponawiasz propozycję. W jakiś sposób jestem
szczęśliwa. Ty jestes taki zdecydowany, że mnie chcesz. Patrzysz na
mnie tak intensywnie.

"Zrozumiałem, jakim idiotą jestem. I, że naprawdę bardzo Cię kocham". Mięknę.

Spróbujmy zatem. Moze nie wracajmy, moze nie az tak daleko, ale możemy spróbować się o siebie postarać.

Jest początek lata, czerwcowa noc pełna świetlików.

Ale tak jesteśmy sobie dalecy. Nie ma zaufania.

W lipcu zaczyna być jasne, że nic z tego nie wyjdzie. Wyjeżdżasz do Francji, po powrocie przestajesz się odzywać.

Do sierpnia jesteś już obcą osobą. Nie znam Cię.

Ciągle jeszcze boli, ale to nie ma sensu, nie ma znaczenia, nie ma... niczego.

A dziś?

Jest
grudzień. Za kilka dni wigilia. Zeszłą spędziliśmy razem. Szczęśliwi.
Jakbyśmy złapali Pana Boga za nogi. Byłeś jak czar, jak urok rzucony na
mnie. Myslałam o Tobie jak o kolekcjonerskim wydaniu mężczyzny, jak o
kimś wykonanym na zamówienie niemal.

Jak dobrze. Jak dobrze, ze
Cię nie ma. Że nie słyszę Twojego niepewnego głosu. Że nie dotykam
Twojego gładkiego ciała. Jak dobrze, że nie czuję woni Twoich pięknych
włosów.

Jesli jestem ogniskiem, Ty jesteś oceanem. Jeśli jestem
krą lodową, Ty jesteś wnętrzem Ziemi. Jeśli jestem gamą zagraną na
fortepianie, Ty jesteś wszechogarniającą ciszą kosmosu.


Dziś
żalisz się, że ona Cię nie chce, że powiedziała Ci "nie". Twoja stara
przyjaciółka, w której nagle się zakochałeś. A ja zwierzam Ci się z
moich sercowych rozterek. Chwalisz się nowym aparatem, a ja kożuchem,
który dostałam na gwiazdkę, tyle, że nieco wcześniej. Ty pokazujesz
swoje nowe zdjęcia, a ja rysunki. Wszystko przez GG. Wszystko przez
niezmierzoną dal Internetu.

Dziękuję Ci za poranki, kiedy wstawaliśmy wcześnie, piliśmy szybko kawe słuchając muzyki, a potem pędziliśmy do metra, kupując po drodze trochę naszych wspólnych, ulubionych ciasteczek.

Dziękuję za wędrówki po Starówce tamtego jesiennego wieczora.

Dziękuję za odrobinę magii, którą po drodze utraciliśmy bezpowrotnie.

Dziękuję za nowe rzeczy, które mi pokazałeś.

Dziękuję za kilka razy, kiedy spoglądałeś na mnie z zachwytem.

Dziękuję za Twoje imię i za zapach Twojej skóry.

Teraz jednak dzielą nas morza i przepaście. I nie pamiętam już Twoich rąk.

I niech tak zostanie.

Dobranoc.


W bladym świetle styczniowego poranka 2007-11-17

Sylwester napełnia mnie obawą.

Poznać tylu Twoich znajomych! Zostać im pokazaną.

Obejrzą mnie, przetrawią informację o zmianie w Twoim życiu. Będą plotkować. Ludzie tak robią. Zresztą, z tego, co wiem, już plotkują. O mnie, o tym jak pojawiłam się nagle. O tym, jak szybko to się rozegrało.

A rozegrało się szybko. Dwie wspólne noce, jedna długa rozmowa na GG, podczas której powiedziałeś mi, że mnie kochasz, potem przyjechałeś bez snu, prosto do mnie, prosto w moje ramiona.

Wtedy jednak nie byłam jeszcze pewna. Teraz już jestem. Chyba tak.

W przeddzień Sylwestra ona wychodzi za mąż. Ta, której plotłam warkoczyk we włosach.

Jeszcze trochę boli, ale znalazła swoje szczęście po tak długich poszukiwaniach... i ja znalazłam swoje. Życie toczy sie w ten sposób. Czasami po prostu nas zaskakuje.

Na Sylwestra zapraszasz też wielu moich przyjaciół.

Przychodzą. Ich obecność napawa mnie spokojem. Ale są też oni obaj. Jeden jak zawsze spokojny. Drugi nieco mniej. Jego zazdrość uwiera jak niewygodny but.

Wieczór pełen szaleństwa i alkoholu. Ty całujesz się z kobietami. Cieszysz się swobodą, jaką daje związek ze mną. Wyznaję hedonistyczne podejście do życia. Przecież liczy się miłość, a nie gesty. O gesty nie jestem zazdrosna.
Ale tak dużo czasu spędzasz beze mnie. Tak długo jestem pozostawiona sama sobie...

To nie jest takie, jak chciałam, żeby było. Coś jest nie tak, coś jest krzywe, coś się chwieje.

Przyjaciel podchodzi do mnie i pociesza mnie.

W końcu wracasz, nieco skruszony. Dobrze. Nic się nie stało. Pijani, radośni, idziemy się położyć spać. Nie ma miejsca nigdzie poza maleńka garderobą. Zrzucamy ubrania na podłogę, żeby było mniej twardo...

Budzi mnie telefon. Twój. Melodyjkę z gry Final Fantasy VII poznam nawet przez sen. Odbierasz nieprzytomny, potem podajesz słuchawkę mnie.

On. Krzyczy. Pyta, gdzie jestem. Chce, żebyśmy razem wyszli i pojechali do domu.

Jak to - razem. Jak to - do domu? Przecież tu zostaję. Wychodzę z garderoby prosto w ciemny pokój. On staje w drzwiach. jego wysoka sylwetka obramowana światłem. Jest zły i smutny.

"Powiedziałaś, ze zaraz wrócisz". Oskarżycielski ton wywołuje u mnie złość.

"Zasnęłam"

"Chodźmy, zbieraj się. Proszę"

"Nie. Zostaję"

"Nie. Chodź! Mieliśmy wyjśc razem!" Teraz jego ton jest przepełniony desperacją i wściekłością.

"Wiesz co... odpierdol się!"

Coś rozświetla ciemność. Nie wiem, czemu siedzę na podłodze. Nie wiem, czemu trzymam się za twarz.

On coś mówi gniewnie, słyszę jego oddech. Urywany, gwałtowny. Wychodzi.

Boli mnie policzek. Czuję słonawy smak w ustach.

Nie chciałam, żeby tak było. Nie chciałam, żeby tak go zabolało. Nie powinnam tak mówić. On też nie.

Alkohol wyzwala agresję. Niedobrze mi.

Czuję Twoją obecność. Dotykasz moich ramion.

"Co się stało?" pytasz mnie drżącym głosem.

Przecież widzisz. Słyszałeś. Czemu pytasz?

"Dostałam w mordę" oznajmiam spokojnie.

"O boże!"

Trzymasz mnie. Nic nie robisz, tylko mnie przytulasz. Jedno "O boże!" nic nie zmieni. Cos jest nie tak w twoim zachowaniu. Ale teraz jest mi wszystko jedno. Chyba się porzygam.

Głowa boli coraz mocniej. Twarz też. Będe miała slad. Nieduży, ale co z tego?

Idę do łazienki. Muszę sie wykąpać, żeby uspokoić wyprowadzony z równowagi organizm.

Przychodzisz do mnie i kąpiemy sie razem. Siedzę naprzeciwko ciebie w wannie, w obcej, jasnej łazience. Rozmazany makijaż spływa mi po twarzy.

Kiedy schodzimy na dół, czuję sie już lepiej. On tam jest. Czeka w towarzystwie naszej koleżanki. Płakał. Przeprasza mnie.

Teraz mnie przeprasza. Wiem, co się stało. I widok jego absolutnej rozpaczy powoduje, ze ściska mi się serce. Znajome oczy, znajome usta. Przecież to on. Ten, z którym przeżyłam tyle. Taki kawał czasu. To on. Doprowadziłam go do ostateczności. A on wykonał jeden gest za duzo.

Ale wtargnąl na Twój teren. Uderzył mnie, a Ty nic z tym nie zrobiłeś. Nie jesteś zbyt odważny, prawda?

Rozmawiam z nim. W końcu wychodzi. Oboje ochłonęliśmy. Rozstajemy się w zgodzie. Dzień wpływa przez okna, wypełniając dom zimnym, jasnym światłem.

Pijemy herbatę. Twoja ręka w mojej.

Trzeba położyć się spać przed sprzątaniem. Kocham Cię. Ani Ty, ani on nie jesteście doskonali.

Teraz wybrałam Ciebie. Twoja obecność uspokaja mnie, ciepło Twoich ramion, kiedy zasypiamy jest dobre.

On wraca do domu zimnym autobusem.

Kiedyś wracaliśmy tak razem. Ja i on. Jakaś dziewczyna z upiornym chichotem i pijacką czkawką darła się na cały autobus. Przytuleni, lekko przysypiając, podśmiewaliśmy się z tego w doskonałych nastrojach. Teraz on jedzie sam w bladym świetle styczniowego poranka. A ja zasypiam w cieple przy Twoim boku. Spokojna. Dziwnie spokojna. Zbyt spokojna. Zbyt radosna. Zbyt zakochana...


Czerwone światełka 2007-11-09

Pilnują mnie. Przynajmniej jeden z nich. Wie, że mnie traci, wie, ze
się wyslizguję, oddalam. W imię czego? W imię miłości. Kocham Cię
przecież. Już to sobie uświadomiłam. Miłość spadła na mnie od razu, ale
zauwazenie jej zajęło trochę czasu. Choć przeczucia i pierwsze
symptomy, jak przed choroba, pozwoliłyby domyślić się wcześniej.

On
dzwoni cięgle, zawsze wtedy, kiedy jestem z Tobą. W jakiś sposób o tym
wie. Za każdym razem. Telefon milknie z reguły na godzinę, po czym
odzywa się znowu.

Jego ból wsiąka we mnie i wypełnia mnie
złością. Nie podpisywałam przecież kontraktu, nie składałam obietnic,
nie brałam ślubu. Więc czemu nie chce mi dać spokoju? Czym są spędzone
razem cztery lata.

Drugi jest spokojniejszy. Boli go, ale mówi,
ze chce tylko mojego szczęścia i spokoju. I on naprawdę ma to na myśli.
Z nim spędziłam już siedem lat, z czego sześć razem.

Odrzucam
ich, jak pdrzuca się niepotrzebne, zawadzające przedmioty. Ten trójkąt
ciągnął sie za długo. Za dużo kosztował mnie rozpaczy, niepewności i
smutku. Czasem myslałam, ze będę musiała się zabić, żeby uciec od tej
sytuacji. Żeby nie musieć wybierać. Nie ranić jednego z nich i siebie
też.

A teraz pojawiłeś sięTy. W jakiś sposób odsunięcie ich obu
naraz wydaje mi się najbardziej sprawiedliwe. Tak długo byli przy mnie
obaj, że w pewnym sensie traktuję ich jak parę rękawiczek. Do pełni szczęścia potrzeba obu. I - tak samo, jak wyrzuca się stare rękawiczki -
wyrzucam ich obu.

Bo jestes Ty. Mój nowy Rycerz-W-Lśniącej-Zbroi.

Wreszcie będę mogła żyć normalnie. Wreszcie będę mogła kochać bez wyrzutów sumienia, nie oglądać się na nikogo.

Nie
jestem pewna czy podoba mi się to, jak szybko zasypiasz przy moim boku,
nasyciwszy się mną, ale bez niczego wzamian. Ale też jestem cierpliwa.
Zawsze byłam cierpliwa, jeśli o to chodzi.

Opowiadam ludziom naokoło o moim szczęściu. Często pojawiam się u Ciebie. Twoi współlokatorzy wydają się mnie lubić.

Szykujemy razem zaproszenia na Sylwestra, którego urządzasz. Zbliżają się święta.

Znam już na pamięć Twój balkon, na który wychodzę,żeby zapalić.
Ty nie lubisz papierosów, krzywisz się, kiedy palę, ale nie
protestujesz. Każdy jest panem swojego życia. Rozumiesz to i nie
próbujesz mnie odzwyczajać. Dobrze, bo nie cierpię tego. Czasem nawet
wychodzisz ze mną na ten balkon, optulony w puchową kurtkę, obejmujesz
mnie, odsuwając tylko twarz od dymu.

Na podwórzu macie sadzawkę, teraz pustą. W lecie jest to fontanna.

Obok
sadzawki, na ogrodzonym trawniku ustawiono już choinkę. Lśnią na niej
czerwone, mrugające lampki. Myślę z pewną przyjemnością o tym, jak
dobrze znam już zapach Twojego mieszkania, wygląd Twojego pokoju, widok
z Twojego balkonu. Znam nawet rytm mrugania tych lampek. Potrafię
powtórzyć go z pamięci w dowolnym momencie. Trzy krótkie mgnienia u
szczytu choinki, dwa dłuższe niżej. Wychylam się przez balustradę,
dłonie zacisnięte na zimnym metalu. Osiedle jest ciche i spokojne. Tym
razem nie wyszedłes ze mną, zostałes przy biurku, skupiony nad
projektem zaproszenia. Zamknąłeś drzwi na balkon, bo na dworze jest
bardzo zimno. Patrzę przez szybę na Twoją pochyloną postać, jasne włosy
w splatanej masie spadające na plecy, profil skoncentrowanej twarzy.
Jak się tu znalazłam? Jak weszłam w posiadanie takiego szczęścia?

Pukam
lekko w drzwi, Ty odrywasz się od komputera, wstajesz... pochylasz się
jeszcze, dwa szybkie ruchy myszką... podchodzisz prędko do wyjścia na
balkon, otwierasz mi z uśmiechem. Słodki jest Twój uśmiech.

Idę umyć ręce i zęby. Nie chcę narzucać Ci wątpliwej przyjemności całowania mnie po tym, jak paliłam.

Idealna harmonia, zgodność. Tulisz mnie do siebie.

"Jadę
na ferie do Francji, na narty, a potem do taty na tydzień" mówisz.
Własnie. Twój ojciec mieszka na południu Francji w przepięknym domu,
który sam wybudował. Zdjęcia tego domu, które pokazałeś mi przy mojej
pierwszej wizycie, zaparły mi dech w piersiach. Prawie się rozpłakałam,
że coś tak pięknego może istnieć w rzeczywistości.

"W sumie to będą dwa tygodnie... nie wytrzymam tyle bez ciebie! Przyjedź do mnie, razem pojedziemy do taty".

Ale jak, mój piękny? Jak? Nie mam pieniędzy na głupi bilet lotniczy... nie mam pieniędzy na taką wycieczkę!

A
Ty zaraz mówisz, ze wszystkim się zajmiesz. Oczywiście. Ty zawsze
wszystkim się zajmujesz. Wszystko potrafisz zorganizować. Wstyd mi za
siebie, że jestem taka nieporadna.

Jeszcze nie powiem rodzinie o
tej wycieczce. Jeszcze nie wiem, jak zareagują. Boję się, że mnie nie
puszczą, dumni, ubodzy, nie lubiący przyjmować "łaski od cudzych".
Dzielni ludzie, pogodzeni jednak ze swoim ubóstwem.

Na pewno nie powiem też im - moim dwóm przyjaciołom, których dla Ciebie opuszczam.

Skąd to niewyobrażalne poczucie winy? Skąd?


Przyzwyczajenie 2007-10-21

Przeczę samej sobie każdego dnia. Coraz bliżej Ciebie, choć tak bardzo próbuję się bronić.

"Możemy być razem szczęśliwi" - piszesz. A ja właśnie chce uciec od niepewności i skonfundowania. Od moich dwóch rycerzy, którzy przysparzają mi tyle samo smutku co radości. Chcę znaleźć coś,c zego będę mogła się trzymac, co da mi spokój, ukojenie, słodycz. I będzie normalne. Zwykłe. Nie awanturnicze i dekadenckie.

Chcę móc Ci zaufać i byc przy Tobie.

Piszesz mi, że się zakochałeś. We mnie.

Słyszałam takie wyznania już wiele razy. Zwłaszcza ostatnimi czasy nie traktowałam ich poważnie. Nie przejmowałam się nimi.

A teraz nie mogę tak. Teraz chcę.

Moja lojalność względem kogokolwiek innego nagle przestaje się liczyć. Ranię ich. Widzę, jak ich ranię. Widzę ich smutek.

Uciekam w Twoje ramiona.

Lubię zapach Twoich włosów, lubię dotyk Twoich bladych dłoni.

Jaki jesteś podekscytowany. Czy to naprawdę ja powoduję tak szybkie bicie Twojego serca?

Ja. Owszem. Nie ukrywasz  tęsknoty za mną. Zalewasz mnie nią bez opamiętania.

Liczysz dni do każdego spotkania jak dziecko do Gwiazdki.

A przecież nalezymy do całkiem innych światów. Ja nie mam butów na zimę. Mam rozpadający się komputer, zabałaganiony, pełen pamiątek z przeszłości pokój. Kocham trawę i świerszcze. I liście jesienne pod naszymi stopami. Kocham wolność i moją muzykę.

Ty kupujesz mi buty. Kupujesz mi nowy komputer, monitor, zabierasz mnie do restauracji. Nie lubię tego. Nie lubię restauracji, ani płacenia za mnie kartą kredytową.

Nie potrafię się przestawić.

Dajesz mi przedmioty.

"Kocham Cię" mówisz bezradnie, miękkim tonem. I głośno opowiadasz, jaka okropna bywała Twoja poprzednia dziewczyna.

Czemu chcesz, żebym wiedziała, w czym jestem od niej lepsza?

Z czasem będziesz wspominał, w czym jestem od niej gorsza.

Kawa w Green Coffee o dziesiątej rano. Trzymasz mnie za rękę. Patrzysz mi w oczy.

Nie idziesz na zajęcia, żeby spędzić przy mnie jak najwięcej czasu.

Któregoś dnia mi to wypomnisz.

Na razie przyzwyczajasz mnei do swojej obecności i miękkich, zamkniętych pocałunków.

Do szczupłego ciała i krótkich, ale gorących zbliżeń kazdej wspólnej nocy. Przyzwyczajam się.

Im bardziej przyzwyczajam się do pierwotnego obrazu... tym bardziej zaczyna się on zmieniać.


Wina 2007-10-03

Gorąca noc i chłodny, biały poranek minęły. Teraz będę musiała im o tym opowiedzieć.

Oni. Obaj przy mnie. Bardziej lojalni niż wierni. Jak moi bracia. Jak moja rodzina.

Tacy od siebie różni i tak bardzo mi niezbędni.

Ale
przecież takich, jak Ty było już wielu. Wielu, o których opowiadałam im
za każdym razem, tak samo jak oni dwaj opowiadali mi o swoich przygodach.

Kocham ich i nie mogę bez nich żyć.

To stara historia. Bardzo stara i bardzo gorzka - jak trucizna.

Oni - niczym dwaj rycerze zabiegający o względy jednej damy.

Dama - w rozpaczy niezdolna do wyboru.

A
tu - proszę. Rycerze zdobywają się na niecodzienny krok. Postanawiają
dzielić się dama, jak Artur i Lancelot podzielili się Ginewrą. Czasem
wręcz w dosłownym tego słowa znaczeniu.

I jesteśmy my. Nasza trójka. Nic nas nie jest w stanie rozdzielić.

Przecież
nie rozdzieli nas mój jeden, niewinny biały i niebieski, złoty i
srebrzysty romans, zrodzony z w iście dwudziestopierwszowieczny sposób.

A jednak ciężko mi o tym opowiedzieć. Ciężko się przyznać.

Jak gdybym zrobiła coś złego.

Zrobiłam.

Zdradziłam ich obydwu w sposób dużo gorszy, niż fizyczne zbliżenie, któremu wspólnie we trójkę odebraliśmy zwyczajową wagę.

Wydajesz się bardzo podekscytowany każdą kolejną rozmową ze mną. Każdym spotkaniem, choćby na GG.

Cieszysz się jak dziecko, gdy mamy się zobaczyć.

Znów jadę do Ciebie.

A miałam tego nie robić...


W bieli 2007-10-01

Twój pokój jest niemal zupełnie biały. Oszczędnie umeblowany, w stylu z lekka "ikeowym", zarazem pasuje i nie pasuje do Twojej osoby. Białe, rozległe połacie ścian, dwie czarno-białe fotografie w antyramach, ciężka, czarna kotara zasłaniająca wejście na balkon kontrastuje z bielą nieprzejrzystej firanki. Wielkie biurko, którego sporą częśc zajmuje płaski, szeroki monitor, przepastne krzesło obrotowe. Na gładkiej, śliskiej powierzchni podłogi - duży materac. Trzy białe, papierowe klosze zwieszają się asymetrycznie z sufitu. Na półkach - książki. Obfita kolekcja woluminów dotyczących "Gwiezdnych Wojen". Płyty audio, w zasadzie zapomniane, bo do słuchania muzyki uzywasz komputera.

Pijemy martini i rozmawiamy.

Oboje wiemy, co się dziś wydarzy, a przecież zachowujemy się nieśmiało, ostrożnie.

To Ty powoli zmniejszasz dystans, siedzisz coraz bliżej mnie. Martini sprawia, że jesteś smielszy, bardziej podatny na nastrój i mniej zachowawczy niż zwykle.

Kiedy wreszcie, co było bardziej niż do przewidzenia, całujemy się po raz pierwszy, nie wiem już, które z nas zaczęło. Wiem, że przysunąłeś się i popatrzyłam Ci w oczy. I stało się.

Nasze pocałunki są gwałtowne. Pożeramy się ustami, co biorąc pod uwagę nasze późniejsze przyzwyczajenia, jest raczej godne odnotowania.

Szybko, szybko, intensywnie..

Mimo to przeciągamy ten moment. Całujemy się siedząc na śliskiej podłodze.

Spędzamy w łóżku całą noc.

Rankiem, kiedy świt wlewa się do Twojego pokoju, czyniąc go jeszcze bardziej białym i antyseptycznym, patrzę na Twoją twarz nade mną, zaciskając dłonie na Twoich ramionach. Nasze oddechy się łączą, mieszają się nasze włosy - Twoje, kręcone, srebrzystozłote i moje proste, ciemne. Chowasz twarz, opierając się czołem o moją szyję. Czuję Twoje usta w zagłębieniu między obojczykami.

Jak nieporadne, jak nieśmiałe jest to pierwsze wydarzenie między nami. Jakbyśmy wcześniej nie znali nikogo i nie byli z nikim.

Twoja skóra pachnie chłodno i słodkawo. Jest blada, gładka i cienka. Włosy jak ze szlachetnych metali, oczy o szafirowym pobłysku, ciało jak kość słoniowa - równie jasne, co twarde.

Wstajesz bez skrępowania, idąc po butelkę pozostawioną na biurku, a ja zakochuję sie w Twoich szerokich ramionach, wąskiej jak u kobiety talii i długich nogach.

Wychodzę kiedy poranek ma się ku końcowi. Blada, z roztartym makijażem, nieco potargana, uciekam z poczuciem winy, jak niewykwalifikowany złodziej. Ludzie patrza na mnie i zastanawiam się, czy widzą na mojej skórze slady Twoich ust.

Więcej tu nie wrócę. Nie chcę. Nie mogę.

Jeśli wrócę, to już zostanę. A to nie może się wydarzyć.


Fioletowe niebo 2007-09-25

"Kawa i klawiatura komputera nie działają razem" myślę patrząc na ociekającą katastrofę na moim biurku.

Pochylam się, żółte swiatło lampy razi mnie w oczy. W ruch idą śrubokręty. Od użycia lutownicy powstrzymuję się w ostatnim momencie, wiedziona nieomylną, jak zwykle, opinią mojego ojca.

Nie działają niektóre litery, więc uzywam wariacji na temat leet-u, żeby porozumieć się z kimkolwiek na GG.

Pojawiasz się.

Rozmawiamy przez parę godzin. Wykazujesz niezmierzone ilości cierpliwości dla mojego powolnego generowania słów za pomocą znaków zastępszych.

Z /-\ 1 /-\ 1 /-\ |\/| I< 1 /-\ |/\| I /-\ + U R 3 |< /-\ |/\| /-\

A Ty to rozumiesz.

Dam Ci jakąś swoją - piszesz. Następnego dnia spotykamy się na Placu Bankowym i idziemy na długi spacer.

Bolą mnie nogi w niewygodnych butach, a mimo to idę koło Ciebie, ciesząc się błahą rozmową, lub zalegającą od czasu do czasu ciszą.

Mijamy wiele magicznych miejsc. Kilka knajp o fantazyjnych wystrojach, jedno dziwne wnętrze, białe od kamienia i zielone od rachitycznych, liściastych roślin.

Niebo nad Starówka jest jadowicie fioletowe, jakby ktoś oblał je farbą.

Wchodzimy do kawiarni by odgrodzić się od zimna i pobyc razem nieco bardziej.

Przyglądamy się sobie nad stołem. Mówisz, że chcesz żyć wiecznie. Ja mówię, ze chcę umrzeć młodo. Nie rozumiemy się nawzajem i już jestesmy w sobie zakochani, ale na razie zadne z nas tego nie wspomina na głos. zadne z nas nawet o tym świadomie nie myśli.

Masz czarny sweter, na którym Twoje srebrnawe włosy odznaczają się wyraźnymi pasmami i biało-czarną chustę na szyi.

Dajesz mi klawiaturę.

W domu okazuje się, że nie działa.

Następna okazja na spotkanie. Przelotne, ale to zawsze coś.

A potem widujemy się już coraz częściej.

I w końcu na GG zapraszasz mnie do siebie na martini.

Zabawna sprawa z takim martini, zwłaszcza połączonym z jednoznacznymi planami spędzenia tej nocy. Droga do Ciebie jest daleka. Metro jedzie długo, hucząc, turkocząc, piszcząc, przemawiając ludzkim głosem.

Jadę do Ciebie na krótka przygodę. Na raz. Tylko na raz - myślę. Kłamię samej sobie.


Zaciekawienie 2007-08-28

Masz trochę przepraszający wyraz twarzy.

Wydaje mi się, że to przez spóźnienie, ale później odkrywam, że to u Ciebie naturalne.

Siedzimy po dwóch stronach stołu, pijemy, rozmawiamy. Patrzymy na siebie.

Pilnuję,
żeby patrzeć Ci w oczy. Mam z tym zazwyczaj problem. Odwracam głowę,
uciekam spojrzeniem w bok, na usta, włosy, ubranie, okoliczne
przedmioty. Teraz staram się po prostu patrzeć Ci w oczy. Są bardzo
niebieskie.

Podobno ludzie, którzy nie mają problemu z
utrzymaniem kontaktu wzrokowego, są bardziej godni zaufania. Ja nie
jestem godna zaufania. Okłamię Cię wiele razy. Wielu rzeczy Ci nie
powiem.

Ty mi też. Będziemy kwita.

Mówisz łagodnie, dość
cicho. Twój głos ma wysoki timbre. Jąkasz się i nie
wymawiasz "r". Przeciągasz sylaby, powtarzasz je często.

Masz
dziwną twarz, pełna sprzeczności; zdecydowane, grubo ciosane rysy
kontrastują ze szczupłością policzków i delikatnością cery. Często
sięgasz ku twarzy piękną dłonią o długich, wąskich palcach. Dłoń
pianisty. A przeciez jestes naukowcem. Zabawne.

Te palce będą
nieraz dotykac mojej skóry. Patrzę na Ciebie i już to wiem, choć nie
podobasz mi się aż tak bardzo. Z czasem to się zmieni. Z czasem, w
którym jesień przerodzi się w zimę i spadnie śnieg. Zacznę wielbić
twoją oryginalną urodę i Twoje wiecznie potargane, jasne włosy.

Wszystko skończy się wczesnym latem, kiedy drzewa bedą stały
całe w zieleni. Kiedy liście zaczną powoli żółknąć, na razie od upałów,
a jaskółki rozpoczną przygotowania do odlotu, bedziesz już obcym
człowiekiem.

Do tego momentu jednak wydarzy się wiele rzeczy.
Smutnych i godnych pożałowania. Ale najpierw tych dobrych, rodzących
uśmiech i dajacych szczęście, w które ciężko mi będzie uwierzyć.

Na razie siedzimy naprzeciwko siebie i zaczynamy się poznawać.

Zaciekawiasz mnie. Nie jesteś jak większość mężczyzn. Na szczęście. Również na nieszczęście, ale tego jeszcze nie wiem.

Jesteśmy
do siebie bardzo podobni. Oboje nie chcemy żyć jak zwykli ludzie, oboje
mamy plany i ambicje. Różne, ale wystarczająco podobne w wielu
punktach, żeby co chwila wykrzykiwać "O! Ja też!"

Wykrzykujemy
więc. Usmiechamy się. Pod koniec wieczoru jestesmy już nieco pijani.
Mówisz, że rozstałeś się właśnie z kobietą. Obejmujemy się ramionami i
stoimy tak, lekko przytuleni. Na razie tyle. Nie ma potrzeby się
spieszyć donikąd.

Mamy w sobie odłamki tego samego kryształu.


Początek 2007-08-27

Powietrze pachnie wilgocią, jesienią i żółtymi liśćmi.
Stado
lumpów w wieku trudnym do określenia, z uwagi na długotrwałe
marynowanie w wysokoprocentowych roztworach, hałaśliwie wyraża
pochlebną opinię o moim sposobie poruszania.

Skręcam w cienistą alejkę naprzeciwko ambasady, mijam wąziutka bramę.

Wnętrze knajpy jest ciepłe, pachnie kawą i piwem. Lekka woń tytoniu waniliowego leniwie wysącza się z sali dla palących.

Szklanka z piwem stoi przede mną, papieros tli się posyłając ku górze drgające pierścienie błękitnawego dymu.

Książka na gładkiej, drewnianej powierzchni stołu.

Czekam.

Spóźniasz
się, choć to zazwyczaj coś, co przydarza się mnie. Tym razem wyszłam z
domu tak wcześnie, ze o niepunktualności nie mogło być mowy.

A więc Ty też masz problem z czasem? A może coś przytrafiło się po drodze?...


Nie wiesz o tym, ale przychodziłam tu z nią.
W zasadzie nic nie wiesz, nie znamy się przecież, choć wiemy o swoim istneniu od początku roku.

Więc
tak: przychodziłam tu z nią. Plotłam jeden warkoczyk w jej długich,
rudych włosach. Myślałam o niej jak o moim rycerzu. Tu pocałowałyśmy
się pierwszy raz.

Tu, pod wielką malowaną na ścianie mapą, rozmawiałysmy przy piwie i papierosach, śmiałyśmy się i przytulałyśmy.

Ona odeszła razem z rudymi włosami i pocałunkami.

A teraz czekam tu na Ciebie. Nie miałam odwagi, żeby usiąść przy tym samym stole, przy którym siadałysmy we dwie.

Zapach
jesiennego wieczoru przepływa obok mnie. Przyniosłeś go na
srebrno-złotych włosach, na niebieskiej kurtce, na jasnym policzku.

- Przepraszam za spóźnienie - mówisz.

I dotykamy się po raz pierwszy w życiu.


e-blogi.pl zymzym.info
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]